• Marek Magiera

Sukces, klęska i nadzieja… 2021

2021-12-27


Zaczynamy dzisiaj ostatni tydzień 2021 roku, który obfitował w wiele ciekawych wydarzeń. Czas na podsumowanie tego, co dla mnie zawodowo było ważne.

Zaczynamy od Ligi Mistrzów.

ZAKSA Kędzierzyn Koźle wygrała te rozgrywki. Coś niesamowitego! Zwycięstwo w Lidze Mistrzów nie wymaga żadnego komentarza. ZAKSA wygrała finałowy mecz z Trento i wzniosła Puchar Europy, czyli zrobiła coś, co wcześniej udało się tylko Płomieniowi Milowice, uwaga – 43 lata temu.

Sukces Pomienia ciężko porównać do sukcesu ZAKS-y. Więcej, nie da się tego w żaden sposób zrobić. Dzisiaj siatkówka jest zupełnie innym sportem niż wtedy, zupełnie inny jest też system rozgrywek – dzisiaj zdecydowanie bardziej rozbudowany, a przez to trudniejszy niż wówczas. ZAKSA po wygraniu turniejów eliminacyjnych w drodze do finału pokonała największe europejskie potęgi - Lube Cucine Civatanovą i Zenit Kazań. W finale w Weronie pokonała Trentino Volley, które może nie jest tak silne jak wtedy, kiedy trzy lata z rzędu wygrywało Ligę Mistrzów, ale wciąż jest zespołem, który ma jakość i potrafi się bić z najlepszymi na kontynencie.

Do elitarnego grona zdobywców Pucharu Europy dołączyła też Joanna Wołosz, kapitanka zespołu z Conegliano, który po fantastycznym meczu pokonał VakifBank Stabuł 3:2. Wołosz została czwartą polską siatkarką w historii, która wygrała Ligę Mistrzów. Wcześniej zrobiły to tylko Dorota Świeniewicz z Desparem Perugia, Małgorzata Glinka-Mogentale z VakifBankiem Stambuł oraz Katarzyna Gujska z Foppapedretti Bergamo.

Teraz czas na reprezentację.

Wszystko zaczęło się w „bańce” w Rimini. Miesiąc rywalizacji we włoskiej miejscowości. Polacy zajęli drugie miejsce. Super wynik. Polki sklasyfikowane zostały na 11. miejscu. Wynik panów jest zadowalający, pań niestety nie. Dwa słowa o samej „bańce”, bo byliśmy pełni obaw przed jej startem. Okazało się, że niepotrzebnie, bo wszystko przebiegło bardzo sprawnie. System trzydniowego grania i trzydniowych przerw był – jak się okazało – optymalny. Co najważniejsze, drużyny uniknęły w czasie rozgrywek długich niezwykle męczących podróży, a co się z tym wiąże zmian stref klimatycznych, które często miały niekorzystny wpływ na formę sportową.

Igrzyska płaczu i wielkiego zawodu.

Piąty raz z rzędu pożegnaliśmy się z turniejem olimpijskim siatkarzy na etapie ćwierćfinału i to nie dlatego, że ciąży na mas jakąś klątwa, tylko dlatego, że byliśmy słabsi od Francuzów, tak samo jak słabsi byliśmy od Brazylii w Atenach, Włochów w Pekinie, Rosjan w Londynie i USA w Rio de Janeiro. I to wszystko. Sport. Prawdziwy sport i jego różne odcienie. Po porażce z Francją pojawiło się wiele analiz i jeszcze więcej pytań - dlaczego stało się tak jak się stało. Odpowiedź jest prosta. Byliśmy kompletnie bez formy. Na pytania dlaczego niech odpowiada Vital Heynen. Ja jego poolimpijskich tłumaczeń nie kupuję. Bo co to za usprawiedliwienie, że w grupie nie mieliśmy zbyt wymagających rywali? Przecież o tym z kim będziemy grać ma Igrzyskach Olimpijskich wiedzieliśmy ponad rok temu. Nie kupuję też teorii, że nie zagraliśmy tego co zawsze, bo zabrakło nam zdrowego i będącego w dobrej formie Michała Kubiaka i że tylko z nim w składzie mogliśmy wypaść lepiej. Moim zdaniem ta teza obraża pozostałych zawodników. Także tych, którzy do Tokio nie pojechali. Ostatecznie złoto zdobyli Francuzi. W finale ograli Rosjan 3:2. W swoim składzie mieli człowieka o którym można powiedzieć wszystko, ale siatkarzem jest wyjątkowym. Ma w sobie ten pierwiastek geniuszu który cechuje tylko i wyłącznie najlepszych. Na Igrzyskach niesamowita była historia Argentyny, która spięła klamrą dwa turnieje, ten w Seulu 1988 i ten teraz. W obu przypadkach na wszelkie sposoby odmieniane było nazwisko Conte. Ojciec i syn. Hugo 33 lata temu i Facundo teraz. Ale prawdziwym liderem Argentyny był w Tokio Luciano De Cecco. Dzisiaj bezapelacyjnie najlepszy rozgrywający na świecie. Brawo Argentyno! Brawo Francjo! I brawo Rosjo! Smak srebra po takich meczach jak ten z Francją jest wyjątkowo cierpki, ale to trwa tylko chwile. Medal olimpijski zawsze jest wielką wartością niezależnie od koloru kruszcu. Mieć go w sportowym CV to marzenie każdego siatkarza. Dla wielu marzenie nigdy niespełnione.

Podium w katowickim Spodku

Eurovolleya czyli mistrzostwa Europy skończyliśmy z brązowym medalem. Medal to medal. Zawsze cieszy i smakuje, choć ten ma w sobie odrobinę goryczki. Ale czasami tak musi być. Tych mistrzostw nie ma co oceniać przez pryzmat przegranego meczu ze Słowenią w półfinale. Trzeba spojrzeć nieco głębiej na cały turniej, który był lustrzanym odbiciem tego wszystkiego co przeżywaliśmy za czasów Vitala Heynena. W Krakowie była niepewność w konsekwencji wydarzeń olimpijskich, później w Gdańsku była euforia, a na koniec przyszły Katowice i... No właśnie. Jak to ma się do pracy Heynena? Na początku niepewność, później złoty Turyn, aż w końcu przyszło to felerne Tokio.

Siatkarscy kibice zakochali się w Vitalu, ale jeśli tego jeszcze nie zrobili muszą zrozumieć, że formuła współpracy z Heynenem zwyczajnie się wyczerpała. Kto na jego miejsce? Przekonamy się niebawem.

Na koniec o sukcesach juniorskich.

Michał Bąkiewicz z drużyną do lat 19 zdobył mistrzostwo świata nawiązując tym samym do wielkich triumfów trenerów Mazura, Rysia i Pawlika. Polacy zrobili to w wielkim stylu! Kapitalnym pomysłem było zaproszenie tej drużyny na mecz pierwszej reprezentacji z Serbami na ME w Krakowie. Dla tych młodych chłopaków to było fantastyczne przeżycie, każdy z nich z pewnością na długo zapamięta tę chwilę. Podejrzewam, że wykonując rundę honorową wokół boiska wystąpili przed swoją największą widownią. I niech dla każdego z nich będzie to motywacja by iść do przodu i krok po kroku kierować się w kierunku wielkich karier. Podobną drogą maszerowali ich nieco starsi koledzy z drużyny trenera Sebastiana Pawlika, ot chociażby Jakub Kochanowski, Bartosz Kwolek, Tomasz Fornal czy Norbert Huber. Oni też zanim zadebiutowali w seniorskiej siatkówce na poziomie reprezentacji także mieli okazję wystąpić przed wielką widownią w katowickim Spodku zaraz po wywalczeniu mistrzowskiego tytułu w młodzieżowej kategorii.

Słówko o trenerze Bąkiewiczu, który jak mało kto wie, co znaczy gra w reprezentacji i doskonale potrafi swoje doświadczenie przekazać zawodnikom i wykorzystać je podczas prowadzenia meczów na turniejach. Sam był ich częścią i jednym z bohaterów. Przecież przy jego wydatnym udziale wywalczyliśmy pierwsze historyczne mistrzostwo Europy w 2009 roku. Wcześniej, bo w 2006 roku Michał wspólnie ze swoimi kolegami wywalczył tytuł wicemistrzów świata, a za czasów juniorskich przywiózł brązowy medal z mistrzostw świata rozegranych w Arabii Saudyjskiej. Tutaj tylko dodam, że przez jakiś czas Michał był kapitanem reprezentacji Polski.

Piękną reprezentacyjną kartę zapisał też Daniel Pliński, który był kolegą z drużyny Bąkiewicza z czasów reprezentacyjnych i ma na koncie dokładnie te same sukcesy jako zawodnik. Dobrze zaczął też jako trener, wszak ze swoimi juniorami wywalczył trzecie miejsce i brązowy medal mistrzostw świata w kategorii U-21.

To wielki sukces, szczególnie jeśli chłodnym okiem spojrzymy na to wszystko co działo się wokół tej drużyny zarówno przed turniejem jak i już w trakcie jego rozgrywania. Młodzieży ci u nas zdolnej dostatek, co pokazały ostatnie lata. Oczywiście wszyscy wielkich seniorskich karier na miarę wygrywania medali mistrzowskich imprez nie zrobią, ale fajną przygodę z siatkówką mogą przeżyć. I tego trzeba im życzyć.

Najlepszego z Nowym Rokiem! Zdrowia!

Marek Magiera